Wydrukuj tę stronę

W tyglu codzienności, ks. Grzegorz Babiarz


Przeprowadzone kilka lat temu w Stanach Zjednoczonych badania na temat poziomu zadowolenia z życia przyniosły zaskakujące dane. Pomimo wzrostu krajowego dochodu brutto liczba osób uznających się za szczęśliwych zmalała o dziesięć procent, czyli o czternaście milionów osób; ponadto wzrosła liczba pacjentów skarżących się na depresję. Liczba towarów w sklepach nie przekłada się na poziom zadowolenia społecznego. Co więcej, respondenci wyrazili opinię, że chętnie zgodziliby się na ograniczenie ze strony państwa liczby artykułów dostępnych w sprzedaży.

Naukowcy analizujący wyniki ankiety jasno stwierdzają, że tak naprawdę niezadowolenie niektórych osób wypływa z braku umiejętności dokonywania wyboru. Jest to prostą konsekwencją reklamy, która dany produkt przedstawia jako najlepszy i niezastąpiony. W konsekwencji decyzja na zakup jednej rzeczy powoduje poczucie żalu z utraty innych przedmiotów, co owocuje rozgoryczeniem.

Wniosek jest prosty: skupienie dążeń człowieka – za wszelką cenę! – na rzeczach materialnych czyni go niewolnikiem i pozbawia prawdziwej wolności. Kupuje on reklamę i rozmija się z prawdą. Cena, jaką płacimy za wkroczenie na fałszywą ścieżkę, jest ogromna.

Prorok Malachiasz mówi o utrapieniu porównywalnym z wrzuceniem do gorącego pieca. Zaskakujące jest jednak to, że dla tych, którzy właściwie wytyczyli kierunek swojego życia, będzie to czas radości i zbawienia. Dla jednych promienie słońca będą jak rozżarzone drwa, innym przyniosą ukojenie, radość i uzdrowienie. Ale czy rzeczywiście trzeba czekać na koniec świata? Nie – wystarczy przejść się przez codzienność.

Pierwszym sprawdzianem człowieka jest umiejętność posługiwania się pieniądzem. Jest on narzędziem, przez które człowiek objawia swoją wielkość lub podłość. Kościół nigdy nie potępiał bogactwa zdobytego uczciwymi środkami. Niemniej zawsze domaga się, aby to, co stało się naszą własnością z krzywdą innych, koniecznie zostało im zwrócone. Dostatek dla jednych staje się źródłem lęku przed ewentualnym wykryciem i konsekwencjami, dla innych źródłem panicznego strachu przed utratą tego wszystkiego lub na skutek kradzieży czy też zmiany koniunktury na rynku światowym. Prowadzi to do odgrodzenia się od innych, zbudowania sobie wyspy szczęśliwości z etykietką „samotność”.

Są ludzie, którzy wzbogacili się dzięki fachowości i poszanowaniu niezmiennych zasad. Są tacy pracodawcy i właściciele firm, którzy potrafią uszanować niedzielę i nie otwierać w ten swojego przedsiębiorstwa. Dostrzegają godność swoich pracowników oraz starają się o stworzenie życzliwych relacji w zakładzie pracy, co więcej, są gotowi podzielić się częścią swego zysku z potrzebującymi.

Kolejny sprawdzian codzienności to cierpienie wywołane chorobą lub starością. Takie doświadczenie u jednych rodzi przekleństwo, u innych modlitwę. Jedni domagają się zastrzyku, który przyśpieszy ich śmierć, inni potrafią zaryzykować swoje życie, aby ocalić innych.

Kilka lat temu do lekarza pracującego w województwie śląskim zgłosiła się kobieta w ciąży. Diagnoza była jednoznaczna – dla ratowania jej życia konieczna jest aborcja. Nie zgodziła się. Powróciła do domu, jednak po jakimś czasie zasłabła, natychmiast wezwano pogotowie. Jak sama później mówiła, niczego nie pamiętała, obudziła się dopiero w gabinecie operacyjnym, gdzie miano dokonać zabiegu usunięcia ciąży. Gdy ona stanowczo zaprotestowała, lekarz, który miał przeprowadzić zabieg, obrzucił ją kilkoma wulgarnymi wyzwiskami i kazał zabrać.

Następnym sprawdzianem naszej codzienności jest spotkanie z ubóstwem. Łatwo dostrzec, że skrajna bieda niszczy ludzi – wystarczy przejść się po dworcach wielkich miast, aby zobaczyć, że ubóstwo materialne bardzo często rodzi nędzę duchową. Nie jest to jednak zasada absolutna. Raz miałem okazję rozmawiać z mężczyzną w wieku pięćdziesięciu lat – ojcem czwórki dzieci. W celu utrzymania rodziny założył sklep. Po kilku latach stanął przed dylematem, ponieważ miał dwóch pracowników, a obroty systematycznie spadały – musiał zwolnić jednego z nich. Jednak – jak sam wspomina – po zastanowieniu i rozmowie z rodziną postanowił zatrzymać tego pracownika, aby nie narażać go na ubóstwo. Oczywiście koszty tej decyzji poniosła cała rodzina przedsiębiorcy – ich dochody zmalały. Można samemu stracić, aby innych uchronić przed ubóstwem.

Nasze serce hartuje się także, gdy doznajemy krzywdy. Dla niejednych wyrządzona krzywda staje się powodem do zemsty, planowanej długo i wytrwale. Serce karmione wspomnieniami przemienia się w potwora. Ale przecież nie musi tak być. Wystarczy wspomnieć tysiące codziennych pojednań w rodzinie i między sąsiadami, aby stwierdzić, że przebaczenie jest możliwe. Czasami jednak nie przychodzi łatwe, jak w przypadku Agnieszki. Oszukana i pozostawiona przez męża, kilka lat uczyła się żyć na nowo. Jak sama wspomina, dopóki nie przebaczyła, wszystkie wysiłki wydawały się nie przynosić efektu. Dopiero po tym geście, dokonanym w skrytości własnego serca, odnowiła dawne przyjaźnie, uczy się żyć sama, ale jednocześnie każdego dnia odkrywa nowe źródła radości.

Pieniądz, cierpienie, ubóstwo i wyrządzona krzywda – to ściany tygla codzienności, w których nasze serce zostanie jeszcze bardziej zahartowane albo spłonie. Wszystko zależy od naszego wyboru. Jeśli napełniliśmy nasze wnętrze Ewangelią, to ona pulsuje w nas jak ożywcze źródło. Ludzkie sumienie zanurzane w skwarze codzienności i obmywane wodą prawdy staje się twarde i niezniszczalne.